Artykul dostepny jedynie na tej stronie ArtJapan, grudzień 2014.

 


 

Oszustwa przy transakcjach z japońskimi mieczami

 

Od lat piszę jak uniknąć oszustwa przy zakupie japońskich mieczy, ale albo piszę „niewyraźnie”, albo szkoda czasu na czytanie tych moich wyjaśnień, bo osób oszukanych nie tylko nie ubywa, ale wręcz przybywa. Zadziwiające, że od lat pewne proporcje pozostają na niezmienionym poziomie. 1 osoba na 100 pyta mnie o jakość miecza PRZED zakupem. Pozostałe 99 osób pyta mnie PO zakupie. A wtedy zwykle jest już za późno na jakiekolwiek mądrości. Oszustwa związane z mieczami samurajskimi istniały kilkaset lat wstecz i istnieją również dzisiaj. Ale oszustwo oszustwu nierówne. Niektóre bardzo trudno rozszyfrować, a na niektóre dorośli reagują jak dzieci, trzeba dodać bogate dzieci. Oszustwo może polegać na sfałszowanej sygnaturze, użyciu niewłaściwych materiałów do produkcji miecza, sfałszowanych dokumentach czy też dorabianiu różnych legend. Najzabawniejsze są te, według których poprzednim właścicielem był albo znany samuraj, albo znany generał, albo nawet król czy książę nie pomijając samego szoguna. Część sprzedających ma tak nieograniczoną fantazję, że bez mrugnięcia powieką potrafią przedstawić w jakiej bitwie czy w konkretnych walkach miecz uczestniczył. Kupującemu leje się miód na serce, bo w takim przypadku te parę tysięcy złotych jest zaledwie nic nieznaczącym zwitkiem papierków. Miecz szoguna na ścianie domu np. w Suwałkach (z góry Suwałki przepraszam!). W takich sytuacjach rozsądek całkowicie zawodzi. Jest tylko zaślepienie.

Wszystkie z wyżej wymienionych oszustw zdarzają się w Polsce, ale najbardziej nagminne, można powiedzieć, codzienne – to sprzedaż chińskich podróbek jako mieczy japońskich. Chińczycy już dawno zaobserwowali jaki to może być znakomity interes, by wyprodukować coś za 10 dolarów, a sprzedać za 1000. Początki tego chińskiego biznesu można było dostrzec na przełomie XX i XXI wieku, ok. 2001 roku zaczęła się już skala prawie przemysłowa. Zwykle sprzedający wysyłali z Hongkongu, czasami z Tajwanu, ale jeszcze nie z Chin. Dzisiaj już nikt na takie drobiazgi nie zwraca uwagi. Zalew tych chińskich podróbek jest tak ogromny, że w Internecie te chińskie katany są oferowane po 5 dolarów. Po wylicytowaniu dochodzi jeszcze 100 $ kosztów wysyłki, ale i tak tanio można mieć miecz „samurajski”.

Pan Leszek R. również kupił wymarzony miecz samurajski. Symbol odwagi, bohaterstwa, honoru i lojalności. Jak sam pisze został „trafiony” na kilka tysięcy złotych. W tym artykule pokażę tylko jedno zdjęcie. Ale jest to zdjęcie na wagę odpowiedzi na pytanie – kupić czy nie kupić?

 

 b_540_304_16777215_00_images_stories_TRESC_ARTYKULY_DTI_2014_MK4.JPG

Cechą charakterystyczną dla chińskich podróbek jest takie przedstawienie klingi, jakby cała była zrobiona ze stali damasceńskiej. Taki przypadek nigdy się nie zdarza w przypadku miecza japońskiego. I bez znaczenia jest czy ten miecz jest ostry czy tępy, czy ma ładną oprawę, czy byle jaką. To nie jest japoński miecz! Wraz z upływem czasu Chińczycy doskonalą swoją sztukę i o ile kiedyś np. tsuby chińskie były prawdziwym badziewiem, o tyle dzisiaj te tsuby są coraz ładniejsze, chociaż specjalista rozpozna je natychmiast. Można wskazać jeszcze wiele innych cech charakterystycznych, które pozwalają, by dać odpór oszustowi, ale najważniejszy jest widok takiej klingi jak na powyższym zdjęciu. Nie kupujcie również mieczy od przypadkowo poznanych osobników, którzy po transakcji natychmiast znikają. Pochodzenie miecza to bardzo ważna rzecz. Miłośnicy japońskich mieczy – nie dajcie się nabrać byle komu! Pan Leszek przeznaczył swoją katanę do obsługi grilla, przy najbliższej okazji.

Wygłaszam takie mądrości jak się nie dać oszukać, a tymczasem mam na sumieniu, a raczej na głowie, bardzo podobny przypadek, czyli niezachowanie odpowiedniej ostrożności. Pewien wydawca wziął ode mnie do dystrybucji blisko 2.500 egz. wydanego przeze mnie albumu książkowego, wszystkie książki sprzedał i nie ma najmniejszego zamiaru zapłacić. Na tej transakcji miał zarobić swoją 40-procentową marżę czy prowizję. Ale tego było mu za mało. Postanowił, że weźmie 100 %, bo zna polski wymiar sprawiedliwości, który „może mu skoczyć”. Sprawa jest obecnie w sądzie, gdzie prokuratura staje na głowie, żeby sprawę umorzyć, bo jak twierdzi „niepłacenie nie jest czynem zabronionym”. Sąd na razie jest odmiennego zdania niż prokuratura, ale kto wygra nigdy nie wiadomo. Faktem jest że wydawca/dystrybutor książki wziął, wszystkie sprzedał, ale rozliczenie to już mgławica, która nie wiadomo czy się skrystalizuje, czy rozpłynie w niebyt. Kiedy sprawa się zakończy poinformuję o szczegółach jak polskie prawo traktuje pokrzywdzonego i powodującego tę krzywdę. Ze względu na słynne nazwiska sprawa może być interesująca dla szerszego grona Czytelników.

/-/ Henryk Socha